(6.5) prezenty - akcja kontrolingowa cd.

Wednesday, September 27, 2006

Na śmierć zapomniałem o kolejnej akcji kontrolingowej, zwanej prezenty,
która właśnie się zaczynała. Teraz wcielił się we mnie amant
firmowy. Pojęcia nie mam, co robił, ale działać musiał
skutecznie, bo ocknąłem się w sytuacji intymnej. Amant
pewnie tak to ustawił, że niby z miłości do niej usiłuję się
powiesić. Już sobie wyobrażam, jak mówił przeze mnie:
- Moje życie nie ma sensu bez ciebie! - a Angelika stała
wzruszona, patrząc mi w oczy współczującym prezenty wzrokiem.
Pętla jednak zniknęła mi z rąk, podobnie jak i ubranie z
mego ciała. Stałem nagi pośrodku jakiegoś pomieszczenia z
dzwonem na suficie, gnojem na podłodze i sprężynami na
ścianach. Dzwon zadzwonił i do pomieszczenia weszła naga
Angelika z białym prezentem. Wyglądała jak Bogini Chaosu. Nagie
jej ciało do obłędu mnie doprowadzało. Ten koń, jak się
później okazało, to kobyła krzesła prezenty była. (Cholera, znowu mi się
rymuje). Ale nie wiedziałem, co mam robić w sytuacji tej
dziwnej. Wtedy, dzięki odbiornikowi, który dostałem jako prezent - usłyszałem w głowie
głos amanta:
- To są obyczaje seksualne Strefy Kaszlu. Wzięła cię za
zboczeńca, bo usiłowałeś ją pocałować. Rytuał damsko-męski
Strefy tego zabrania, bo wszyscy tutaj mają jamy ustne
nieczyste od permanentnego kaszlu. Zresztą pojęcie
nieczystości jest tu dość dziwne - nawijał amant - o czym
możesz się przekonać spoglądając na łajno pod swoimi nogami.
Nigdy jednak nie całuj prezenty.
- To ty usiłowałeś ją pocałować - pomyślałem do amanta.
- Mniejsza o to. Teraz okręć sobie kobyli ogon wokół szyi
- zarządził.
I to niby ja jestem zboczeńcem. To, co ta dziewczyna
wyrabia, to jest dopiero zboczone - myślałem patrząc, jak
tarza się w końskich odchodach. Jej ciało było moją obsesją, moimi prezentami
więc zrobiłem wszystkie te rzeczy, które podpowiadał mi
amant. Sam nie wiem, jak zniosłem rytuał, ale gdy doszło do
ostatecznego zbliżenia, serce podeszło mi do gardła. W
kulminacyjnym momencie znów Bełchatów straciłem przytomność, nie wiem,
czy pod wpływem tego przeżycia, czy znowu amant mi się
włączył.
Ocknąłem się czując czyjeś palce na twarzy. Chwyciłem
delikatnie tę dłoń, myśląc, że to Angelika. Chwyciłem i
musnąłem lekko wargami - to były prezenty.
- Co ty robisz? - odezwał się Stary Kruk.
Otworzyłem oczy. To była jego dłoń, którą usiłował mnie
ocucić.
- Musimy uciekać - powiedział.
Spojrzałem w górę. Na dzwonie wisiała Angelika. Pętla
wrzynała się jej w szyję, głowa o sinej, spoconej twarzy
opadała bezwładnie. Stary Kruk musiał wyczuć swastykę na jej
pośladku. Indianie wiele rzeczy wyczuwają - przeleciało mi
przez głowę. To on powiesił Angelikę - docierało do mnie z
opóźnieniem. Zachował się tak, jak powinien się zachować mój
apostoł. Ale ubierając się ze zdziwieniem stwierdziłem, że prezenty
na moim pośladku też widnieje swastyka. To się
rozprzestrzenia jak zaraza. Jak choroba weneryczna... Teraz
i ja muszę zadyndać ze swastyką na dupie? Załamałem się.
Jeżeli Stary Kruk już ją wyczuł... On mnie powiesi.
Spojrzałem na niego. Rzeczywiście patrzył jakoś dziwnie.
Jednak nie byłem już prawiczkiem i moja świadomość uwolniona
od tego kompleksu radykalnie się zmieniła - prezenty jak się patrzy ;).
- Ty morderco - krzyknąłem i rzuciłem się na Starego
Kruka.